| Przygody w podróży do Ameryki Południowej
Kto lubi podróżować musi przygotować się na niespodzianki. Jak już poprzednio wspominałam, nasz krótki wyjazd obejmował Brazylię, Argentynę i Uruguay (marzec 17-27, 2008).
W poniedziałek po południu, 17 marca, udaliśmy się na lotnisko JFK w Nowym Jorku, aby wyruszyć na podboje Ameryki Południowej. Zawsze pytamy czy w samolocie są wolne miejsca "emergency," gdyż one zapewniają najwięcej przestrzeni między fotelami - nie było.
W zamian zaproponowano nam tak zwany "upgrade" z Economy Class na Business Class i to za jedyne $800.00 na nas dwoje (czyli $400 od osoby), a wiec dopłaciliśmy tę sumę i do Sao Paulo lecieliśmy jak "paniska" popijając szampana i objadając się do woli.
Walizki oznaczono nam specjalnymi znaczkami "EXECUTIVE," a więc myśleliśmy, że na lotnisku w Sao Paulo w Brazylii, pojawią się na taśmie jako pierwsze, gdyż tam musieliśmy odbyć odprawę celną oraz ponownie nadać je na samolot lecący do Rio de Janeiro. Tak się nie stało. Pierwszy samolot, którym mieliśmy lecieć do Rio, już odleciał, ponieważ do Sao Paulo dolecieliśmy opóźnieni o 2 godziny. Na następny też się nie załapaliśmy, gdyż nasze walizki wyszły na szarym końcu, juz po naszej interwencji. Jak nam powiedziano, że juz cały bagaż z Nowego Jorku został rozładowany to zrobiliśmy tam raban i okazało się, że wózek z walizkami "executives" stal sobie na lotnisku. Potem jeszcze stanie w kolejce do odprawy, a więc i następny samolot też uciekł nam sprzed nosa. Przedstawiciel linii lotniczych TAM zaproponował nam wzięcie taksówki (na ich koszt) na lotnisko "domestic," aby udać się Rio de Janeiro, ponieważ z lotniska International następny lot miał być dopiero o 5:00 po południu, a była dopiero 10:00 rano. Wreszcie jakoś dotarliśmy do Rio i było fajnie. Przedstawiciele różnych agencji, którzy nas odbierali z lotniska potracili głowy, ponieważ nie wiedzieli gdzie nas szukać.
Podobna sutacja przytrafiła się nam w Iguazu Falls po stronie Argentyńskiej, kiedy to agent powiedział nam, że odbierze nas z hotelu o 1:00 po południu a powinien o 8:00 rano. My, całkowicie zdani na obsługę, nawet nie zajrzeliśmy do naszego grafiku. Jak się agent zorientował, że popełnił błąd to wysłał nam wiadomość, abyśmy czekali na niego w hotelowej lobby o 8:00 rano, a my nic o tym nie wiedząc spokojnie konsumowaliśmy sobie śniadanko, gdyż tę wiadomość "osły" z obsługi hotelowej wręczyli nam dopiero w momencie, kiedy wypisywaliśmy się z hotelu. No i się znowu zaczęło, dzwonienie po agencjach i liniach lotniczych, aby załatwić nam przejazd na lotnisko i miejsce w samolocie na lot do Buenos Arie, udało się, ale to jeszcze nie koniec.
Z Buenos Aries, już pod koniec pobytu w Argentynie, chcieliśmy popłynąć do Uruguay-u, lecz agentka powiedziała nam, ze już nie ma miejsc. Mirek się wkurzył i zadzwonił z hotelu Regal Pacific, w którym mieszkaliśmy, bezpośrednio do jakiejś firmy przewozowej obsługującej wyprawy z Buenos Aires, z Argentyny, do Uruguay-u i załatwił bilet I-szej klasy do Colonia del Sacramento w Uruguay-u.
Następnego dnia udaliśmy się do portu, a tam mówią, ze nie mają nas na liście. No to my za taksówkę i "fru" do następnego przewoźnika, to znaczy do Colonial Express, a ci twierdzą, że o 11:15 to oni nie mają żadanych statków płynących do Uruguay-u, ponieważ ich odpłynął już o 9:00 rano, a i że my również nie figurujemy na ich liście i że pewnie wykupiliśmy bilety u innego przewoźnika, a to że imię osoby, która podała na Confirmation FLORENCIA zgadza się z ich przedstawicielką, to może być tylko przypadek – miał rację. Rozdygotani do granic wytrzymałości, wybiegliśmy na ulicę, aby złapać taksówkę i pędzić jeszcze do następnego przewoźnika, tym razem do Buquebus; a czas ucieka - tyk, tyk, tyk. Wpadliśmy do budynku, podchodzimy do biurka informacyjnego i już tak na chybił-trafił mówimy, że mamy zarezerwowane bilety, a młoda panienka wyciąga kopertę z biletami i spokoje ją nam podaje, kamień nam spadł z serc. Jak się okazało, przed wyjściem z hotelu, z hotelowej książki informacyjnej dla turystów, Mirek spisał numer telefonu i nazwę firmy przewozowej nie tej, w której zakupił bilety. I rzeczywiście, pracowała tam Florencia, tak jak i w poprzedniej.
Poza tym było fajnie. Rio de Janeiro pięknie położone; linia brzegowa wije się jak wąż, góry wyrastają z niezliczonych punktów. Mieszkaliśmy w hotelu Pestana Rio Atlantico nad słynnym wybrzeżem Copacabana. Obejrzeliśmy Samba Show zespołu PLATAFORMA, zwiedziliśmy wzgórze Sugar Loaf, i Corcovado Mountain, gdzie umieszczona jest słynna rzeźba Chrystusa, którą po części wykonał Polak Paul Landowski. Włóczyliśmy się po mieście i knajpkach, aż przypadkiem trafiliśmy do bardzo fajnej restauracji MARIUS udekorowanej przeróżnymi zdobyczami ze statków: gary, kotwice, dzbany, latarnie, itd. W łazienkach, podłogi i zlewy napełnione kruszcem kwarcowym, jest tam tego do syta.
Goście muszą się zdecydować co mają zamiar konsumować: morskie potrawy czy mięsne, wybrać przystawki i zamówić wino. Następnie, kelnerzy nieustannie podchodzą do stolika podając przeróżne smakołyki - można pęknąć z obżarstwa.
Zwiedziliśmy Iguasu Flalls po obu stronach: Brazylijskiej i Argentyńskiej - cudowne widoki. W Buenos Aries, znowu jakimś psim swędem, trafiliśmy na restaurację Parrilla y Asador Grillo, przed której wejściem stał wielki spreparowany byk, a tuż po wejściu do środka koń naturalnej wielkości. Ściany udekorowane porożami i głowami wszelakich zwierząt, a nawet w oszklonej klatce umieszczono Lamparta, też wypchanego.
Oczywiście zaliczyliśmy Tango Show, zwiedzanie miasta i okolic Buenos Aries oraz wycieczkę małym stateczkiem po rzece Tiger, która łączy się z najszerszą rzeką La Plata (Rio de la Plata), którą później płynęliśmy do Uruguay-u. Tam w miasteczku COLONIA del SACRAMENTO spędziliśmy cały dzień zwiedzając stare i nowe dzielnice. To miasto zostało uznane przez UNESCO (United Nations Educational, Scientific and Cultural Organization) jako skarb dziedzictwa światowego (World Heritage Site). Lunch zjedliśmy w ogrodzie, we wspanialej restauracji usytuowanej blisko kościoła San Benito, której nazwy nie pamiętam. Potem winko w knajpce nad woda, piwko w drodze do portu i szampan na statku.
Następnego dnia, 27 marca'08, już o 2:00 w nocy musieliśmy wstać, gdyż o 2:30 AM kierowca miał nas zawieźć na międzynarodowe lotnisko w Buenos Aries. Do San Paulo, Brazylia, leciało się wygodnie, gdyż dostaliśmy Emergency Seats, ale z Sao Paulo do Nowego Jorku samolot był wypełniony do ostatniego miejsca i nie było mowy o pertraktacjach na lepsze siedzenia, a wiec Mirek (6'3 i długie nogi) był zupełnie stłamszony przez tych, którzy siedzieli przed nami i rozłożyli siedzenia do snu. Za nami nikt nie siedział, ale też nie mogliśmy opuścić foteli, gdyż za nimi była ściana łazienki, a więc cierpieliśmy katorgi. Ledwie udało nam się namówić panów siedzących przed nami, aby podnieśli siedzenia w czasie spożywania posiłków. Postanowiłam zamówić whisky dla Mirka, a dla siebie wino aby złagodzić niewygodę siedzenia w tak podłym miejscu.
Do Nowego Jorku dolecieliśmy szczęśliwie, nareszcie w domu - Home, sweet home.
|